niedziela, 10 grudnia 2017

W klimacie Adwentu.......




źródło


            Adwentowy klimat sprawia, że staję się bardziej refleksyjna. A ostatnio chodzi za mną  piosenka Pawła Orkisza. Pięknie nostalgiczny tekst i przyjemny dla ucha wokal. Niestety nigdzie nie znalazłam jej  wykonania.  


Jak kwiaty żyjemy
Jak kwiaty żyjemy na pięknej łące,
Jak liście trwamy na ogromnym świecie.
Tyś dla nas jest słońcem i deszczem,
Więc przyjdź Panie, przyjdź. Czekamy Ciebie. 

       Więc przyjdź, Panie, przyjdź.
             Przyjdź.                         

Jak rosa opadasz w nasze życie świtem,
Jak cień niezmierzony ogarniasz nas nocą.
Jak zieleń koisz nasze nerwy stargane
Ciągłą walką z własną niemocą. 
      
       Więc przyjdź, Panie, przyjdź.
               Przyjdź.
    

Skłóceni ze światem zapatrzonym w nicość,
Zmęczeni jesteśmy bezradnością starań.
W szalonym pędzie za czymś, czego wciąż brak.
W życie uwikłani, do sprzedania... - od zaraz. 

         Więc przyjdź, Panie, przyjdź.
                 Przyjdź.

Odwiecznych naszych win świadomość nam ciąży,
Wciąż jednak świat szaleństwo na zapał nasz leje.
By człowiek z własnej ręki nie zginął,
Ty – Panie – musisz przyjść na ziemię.

           Więc przyjdź, Panie, przyjdź.
                   Przyjdź.


czwartek, 23 listopada 2017

Jedna nowość a reszta to intrygujące swą fabułą książki w dobrej cenie, czyli co mnie pociąga.



                            Znalazłam wolną chwilę, zaparzyłam sobie dobrą herbatkę i zaglądnęłam do Selkar.pl, by przeglądnąć ofertę książkową. Nowości w niej sporo, ale jakoś nic ciekawego w nich dla siebie nie znalazłam.......jedynie mogę polecić książkę Jakuba Małeckiego 



Udało mi się ją już  odsłuchać na Storytelu więc czytać nie będę, ale muszę stwierdzić, że słuchanie jej  w świetnej interpretacji Andrzeja Ferenca było dużą przyjemnością. To znakomita, życiowa proza, która przykuwa uwagę  niezwykłością opowiadanej przez Jakuba Małeckiego wzruszającej historii babci i wnuka, których 
losy sprzęgły się wskutek dramatycznej sytuacji. 

Natomiast w trakcie przeglądania oferty tej internetowej księgarni zwróciłam uwagę na 

nie tylko ze względu na to co o  niej zawarte jest w opisie lecz również ze względu na to, że to chyba pierwsza książka holenderskiego autora, tym razem autorki, jaką zauważyłam.
Książka jest thrillerem a więc należy do gatunku niezwykle przeze mnie rzadko czytanego, chyba niesłusznie, a opis bardzo intryguje i zachęca ;
 : "Iris, młoda prawniczka i samotna matka, z trudem stara się pogodzić pracę z opieką nad trudnym w wychowaniu synkiem. Ray, skazany za zamordowanie młodej kobiety i jej córeczki, odsiaduje wyrok w zakładzie psychiatrycznym. Twierdzi, że jest niewinny.

Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy. Do chwili, kiedy Iris dokonuje szokującego odkrycia. Ryzykując karierę, postanawia dowieść niewinności Raya. Nie przeczuwa, jak bardzo osobiście zaangażuje się w tę sprawę. I że jej prywatne, niebezpieczne śledztwo ujawni prawdę, której wolałaby nie poznać: że całe jej życie oparte jest na kłamstwie…"



Jak można przeczytać w opisie książki to : Prawdopodobnie najważniejsza od czasów "Blaszanego bębenka" Güntera Grassa niemiecka powieść o II wojnie światowej.

Historia dwóch chłopców, wcielonych pod koniec 1944 do Waffen SS. Walter rozpoczyna pracę kierowcy w jednostce zaopatrzeniowej, Friedrich zaś musi wyruszyć na front. Buntuje się i ucieka, ale zostaje pojmany i skazany na śmierć - i to właśnie Walter ma wykonać wyrok na swoim przyjacielu. Co zrobi? Jakiego wyboru dokona? I czy będzie miał w ogóle wybór?

Wstrząsająca proza o absurdach wojny, bezwzględności losu i sile przyjaźni.




O tej książce w The Washington Post napisano : Historia gęsto utkana z wątków dotyczących przeszłości i teraźniejszości, bestialstwa i człowieczeństwa, zagłady i odkupienia. Fascynująca"

A to jej opis :Rok 1915. Młoda bogata Amerykanka Elizabeth przyjeżdża do Aleppo w ramach misji humanitarnej, której celem jest dostarczenie żywności i lekarstw, a także niesienie pomocy medycznej uchodźcom ocalałym z Rzezi Ormian. Na miejscu Elizabeth poznaje Armena, młodego ormiańskiego inżyniera, który właśnie stracił żonę i maleńką córeczkę. Wkrótce Armen opuszcza Aleppo i wyrusza do Egiptu, by tam wstąpić w szeregi Armii Brytyjskiej. Rozłąka sprawia, że Armen uświadamia sobie, że jest zakochany w Elizabeth.
Wiele lat później ich amerykańska wnuczka Laura odbiera telefon, pod wpływem którego postanawia zagłębić się w losy swojej rodziny i poznać swoje ormiańskie korzenie. Dzięki temu odkrywa historię o miłości, stracie i bolesnej tajemnicy skrywanej od pokoleń.



Książka ma intrygujący tytuł i niezwykle oszczędną w wyrazie okładkę co akurat mnie przyciąga bardzo. A i treść wydaje się być w/g mnie bardzociekawa : Książka Paula Hardinga, wyróżnionego prestiżową Nagrodą Pulitzera - o przemijaniu i śmierci, o zacieraniu się granicy między przeszłością a teraźniejszością…
Ostatnie osiem dni życia George Washington Crosby spędza spokojnie - leżąc w łóżku, we własnym salonie. Jest wnikliwym obserwatorem, widzi, jak dom, któremu poświęcił życie, powoli niszczeje. Staruszek analizuje relacje z bliskimi. Przywołuje najważniejsze wspomnienia, które ukształtowały go jako ojca, syna, męża, pracownika. Uświadamia sobie, jak relacja z rodzicami wpłynęła na jego stosunek do dzieci i wnuków.
Wzrusza się, dostając od nich tyle dyskretnej troski i miłości. Jaka jest ostatnia myśl odchodzącego człowieka? I jak przeżyć swoje życie możliwie najlepiej?



Poza "Rdzą" żadna z zaprezentowanych książek nowością nie jest i chyba z żadną się nie spotkałam w blogosferze a a każda z nich ma dodatkowy walor, a jest nim niska cena. 

________________

Zdjęcia okładek i opisy pochodzą ze stron Selkar.pl

niedziela, 19 listopada 2017

Co czytałam i co trafiło do mojej biblioteczki oraz takie tam moje wynurzenia......

 

                         Jak ja ogromnie nie mam kiedy tutaj pisać! Opieka nad mamą męża i zwykłe zajęcia domowe, które tam wykonuję, mnie bardzo pochłaniają a  wieczorem jesienią, gdy za oknem robi się szybko ciemno czuję się klaustrofobicznie i zbyt zmęczona, nawet na wieczorne, gdy już mam wolne, czytanie czy oglądanie. 
Dlatego zdecydowałam się na dołączenie do Istagramu, czy też częściej pokazuję co czytam na FB. Ale nie chciałabym, by mój blog umarł śmiercią naturalną. I chociaż, jak zaobserwowałam, ze smutkiem,  nie tylko u siebie, ale i na innych blogach, że  komentarze pojawiają się pod postami coraz rzadziej to jednak postaram się jeszcze potrwać w blogosferze, bo każda Wasza wizyta tutaj mnie cieszy ogromnie i ma na mnie dobroczynny wpływ.
                 W poprzednich dwu miesiącach udało mi się przeczytać niewiele, bo tylko sześć książek, ale również odsłuchałam ich cztery więc razem było ich aż dziesięć.

 Przeczytałam : 

"Chleb na wody płynące"   a
"Sonatę Kreutzerowską" 
"Zbrodnię Sylwestra Bonnard" Anatola France
"Dziewczynę, która igrała z ogniem" Stiega Larssena
"Czarny książę" Borysa Pilniaka
"Tysiąc dni w Wenecji" Marleny de Blasi

Odsłuchałam natomiast cztery kolejne audioksiążki o Aghacie Raisin.

 Musiałam niestety przerwać udział w wyzwaniach, w których jeszcze brałam udział, gdyż nawet jeżeli przeczytałam książki to na napisanie o nich posta brakło mi może nawet bardziej weny niż czasu. 
                  W zakupach trochę wyhamowałam więc biblioteczka powiększyła się w ostatnim czasie o dwie nabyte pozycje ....chociaż pewno w najbliższym czasie przyjdzie paczka z górą Kolibrów. Ale je pokażę jak dotrą a dzisiaj tylko zdjęcie tych książek, które już mam : 




Napaliłam się bardzo, po tym co o nich czytałam, na książki Janiny Lesiak, ale jak zwykle szukam taniej okazji, więc jak taka trafiła się na dedalus.pl, gdy przeglądałam allegro, nie omieszkałam z niej skorzystać. Dorzuciłam do tego "Kalendarze", bo razem z przesyłką nie przekroczyłam 25 zł. A teraz poluję na jej kolejne pozycje.
                    Panu Jackowi Getnerowi dziękuję za kolejną część przygód Jacka Przypadka, którą właśnie zaczęłam czytać......to dobra lektura na szare dni, bo zawiera, jak to się ma w tej  serii detektywistycznej dużą dozę humoru i patrzenia na innych z przymrużeniem oka,  co wybitnie poprawia nastrój.
Muszę przyznać, że głosowałam na inną okładkę, ale do tej się już przyzwyczaiłam i nawet zaczynam uważać, że całkiem fajna jest. Ale muszę książkę chować, przed moją drogą teściową, bo uważa, że jest paskudna .....i pyta się skąd mam tę książkę  ....ha, ha.



 Pozdrawiam cieplutko każdego kto tu wpadnie.......
 I posłuchajmy.....



piątek, 10 listopada 2017

Obraz Canaletto i fragment z "Tysiąca dni w Wenecji"



źródło


                            Schodzimy na brzeg przed bazyliką i przez chwilę stoję ze wzrokiem utkwionym we frontonie budynku, rozświetlonym smugą pudrowożółtego światla, którą przed chwilą pozostawiło slońce. Wielki kościół Longheny* wzniesiono na szczycie półkola, utworzonego między placem Świętego Marka a Redentore na Giudecca. Świątynia stoi na olbrzymim postumencie z drewnianych pali, zatopionych w mulistym dnie laguny. okrągła, potężna i posępna, zbyt wielka na swój tron, sprawia wrażenie przysadzistej królowej, która zasiadła w delikatnym ogrodzie.  Jakże zadufany w sobie musiał być czlowiek, który wyśnił sobie tę świątynię, uznał, że może ją wznieść, a następnie to uczynił. Podchodzę do wąskiego pontonowego mostu, który rozciąga się w poprzek kanału tylko w jednym dniu w roku. Wenecjanie pokonują rozkołysane, chwiejne platformy, niosąc dary dla Matki Boskiej, która prawie pół tysiaca lat temu uwolniła ich przodków od zarazy. Dawniej w ofierze składano bochenki chleba albo nadziewane owocami ciasta, dżemy, solone ryby, czasem woreczki z grubą czerwoną fasolą. Teraz pielgrzymi zanoszą świece, trzymane jak do modlitwy, a płomyki rozświetlają zimne głazy starego domu Dziewicy. Nieopodal schodów bazyliki kupuję świecę, białą i tak grubą, że niemal nie mogę jej objąć dłonią. Przypadkowa kobieta, nieproszona, użycza mi płomnienia, uśmiecha się i znika w tłumie.
                       Pokolenia kobiet idą ramię w ramię, niekiedy trzy, nawet cztery generacje obok siebie. Ten sam artysta utrwalił podobieństwo na ich obliczach. Staruszka maszeruje z córką, wnuczką, prawnuczką, a w twarzy prababki dostrzegam buzię niemowlęcia. Ma nogi niczym patyki w białych pończochach, kruche i delikatne pod ładnym płaszczem z czerwonej wełny. Jaka jest hstoria jej życia? Nosi beret głęboko nasunięty na proste siwe włosy. Jej córka ma rownież proste siwe włosy, a wnuczka proste, ale blond. Jedna z nich mocno naciągnela na glówkę maleńkiej dziewczynki beret, spod którego wyrastają jasne kosmyki.
                        Wszystkie cztery są piękne. Patrzę na nie i myślę, że tego zawsze pragnęłam. Chciałam się stać częścią całości, odgrywać swoją rolę, hołubić i być hołubiona. Oczekiwałam od życia wlaśnie takiego romantyzmu, prostoty, bezpieczeństwa. Czy to się w ogóle zdarza? Czy komukolwiek dana jest taka pewność? Żałuję, że moja córka nie stąpa teraz po tym moście. Chciałabym na nią czekać. Z przyjemnością wsłuchałabym się w jej głos,usłyszałabym naszą rozmowę w zmierzchającym błękicie zapadającego mroku, w drodze do Madonny. Szkoda. Chciałabym powiedzieć córce, że może być pewna.


__________________________

Marlena de Blasi,Tysiąc dni w Wenecji,Wydawnictwo Literackie,2009 r.,przeł.M.Hesko-Kołodzińska,str,180-182


*Baltassare Longhena -architekt weneckiego baroku, którego najsłyniejszym dziełem jest Santa Maria Salute , którą to bazylikę wspomina Marlena de Blasi w przytoczonym przeze mnie fragmencie. 

środa, 8 listopada 2017

Wenecja oczami Marleny de Blasi, czyli "Tysiąc dni w Wenecji".




           Nie byłam nigdy w Wenecji, ani w Toskani, ani w Orvieto, więc zainspirowana wpisami na blogach nabyłam sobie całą trylogię Marleny de Blasi, która to trylogia niosła obietnicę, że poznam te miejsca, do których prawdopodobnie raczej nie trafię.
I tak faktycznie się stało, w trakcie czytania pierwszej z trzech książek stanowiących zbeletryzowane wspomnienia,  jeżeli chodzi o Wenecję. Autorka książki opowiadając historię swego małżeństwa z Wenecjaninem oraz swojego oswajania się z miastem, do którego wiedziona uczuciem zdecydowała się przeprowadzić, ukazała mi ją przez pryzmat swego nią zachwytu. A ja wędrowałam razem z nią  gondolą i pieszo poznając wciąż nowe miejsca, nazwy i ludzi, barwnych i wyrazistych, którzy żyją zupełnie innym tempem niż my. 
             Książka "Tysiąc dni w Wenecji" bardziej przyciąga kolorami i smakami, o których w niej dużo,  niż samym romansem, który moim skromnym zdaniem dość blado wypada na tle całej jej treści, gdyż szybko zamienia się w zwykłą codzienność, z której wyparowywują miłosne uniesienia. A już z pewnością nie wzrusza tak, jak historia Roberta i Franceski z filmu "Co się zdarzyło w Madison County" o czym  próbuje przekonać czytelnika wydawca książki cytując na okładce amerykańską gazetę. Cała jednak historia znajomości ze swym przyszłym mężem oraz perypetii związanych z małżeństwem opowiedziana jest przez Marlenę de Blasi ciekawie i z humorem.
              Muszę przyznać, że ja jako osoba nie lubiąca zmian w życiu, byłam pełna podziwu dla  autorki książki, która potrafiła niezwyle szybko, nie wiedząc co ją może faktycznie czekać u boku mało znanego sobie mężczyzny - w obcym dla siebie mieście i  w obcej sobie kulturze - podjąć decyzję o likwidacji swego domu i przeprowadzeniu się do niego, zupełnie w ciemno. A jak było ciemno przekonała się, gdy zawitała w progi jego mieszkania.
                      Ogromnym plusem książki jest gawędziarski, potoczysty  styl w jakim jest napisana oraz poczucie humoru jakie posiada  Marlena de Blasi co sprawia, że czyta się ją szybko i z dużą przyjemnością.
      A teraz czeka na mnie "Tysiąc dni w Toscani" a wraz z nimi kolejna zmiana w życiu autorki.


Książka miała brać udział w wyzwaniu gra kolorów, ale niestety nie zdążyłam  z opinią.